Przeloty

Ta strona czeka na Wasze opisy Waszych przelotow.  Nie musza to byc przeloty naj... po prostu przeloty ktore pamietacie lub przeloty ktore ostatnio zrobiliscie. 

Piszcie na adres info@lotniarstwo.com

Majówka

Jest 2 maj , niedziela a ja jestem w Masłowie pod Kielcami. Wieje południowo-zachodni wiatr i pierwsze glajty już latają nad Klonówką. Ponieważ wiele osób w taki czy inny sposób świętuje wstąpienie Polski w szeregi UE ja także mam zamiar to robić - oczywiście latając.

  Wnosimy cały sprzęt na górkę , rozkładamy i czekamy na dobry moment do startu. Jako pierwszy startuje Grzesiek Cedro (dobrze znany jako Maestro). Wchodzi na żagiel ale widać , że warunki nie są najlepsze. Czekam pod lotnią na starcie i strasznie się denerwuje bo to będzie mój pierwszy lot w tym sezonie a poza tym to mam nowe skrzydło. Dookoła wszyscy (w osobach Ani , Mirka i Marcina) próbują mnie podnosić na duchu ale jakoś nie mogę oddalić od siebie obaw. To będzie mój drugi start z tej górki.

  Po chwili wyczekiwania podnoszę lotnie i startuje. A jednak niczego nie zapomniałem. W powietrzu jest kilka glajtów wiec muszę nieco uważać. Wysokość raczej mizerna bo 60 do 100 metrów nad start. Czasami mam wrażenie , że dosłownie chodzę po drzewach. Widzę , że Grzesiek lata nieco wyżej i zaczynam się zastanawiać jaki jest tego powód. Pierwsze o czym pomyślałem , że to jednak “stary wyjadacz” a dodatkowo zna górkę od podszewki. Dochodzę do wniosku , że powinienem napiąć winde (VG) co ma mi pomóc w nabraniu większej wysokości. Chyba tylko dzieki zbiegowi okoliczności tak się właśnie dzieje. Skrzydło jest mniej sterowne a każdy manewr wymaga większej siły niż normalnie. Wyzbywam się wszystkich obaw i lęków. Mój umysł przechodzi na inny tryb.

  Latam po całej długości górki i staram się sprawdzić gdzie najlepiej nosi. Nad nami sporo Cumulusów. Zauważyłem , że na wschodzniej stronie wysokość na żaglu jest nieco większa a poza tym dostałem tam kilka “kopniaków”. Staram się uchwycić ten właściwy moment. W końcu decyduję się krążyć i przechodzę na zawietrzą. Mam tylko 200 metrów nad start. Noszenie nie jest specjalnie mocne ale centruje to co jest. W między czasie obserwuje jak dalej na północ Grzesiek też coś podkręca i robi to znacznie szybciej jak ja (wiadomo już dlaczego). W zasadzie to stoje jedynie w zerkach. Chciałem wrócić do Klonówki ale rezygnuje bo wiem , że nie dam rady. Znajduje kolejne słabe noszenie i znów krąże. Jestem bardzo skupiony na tym co robie. Nie odczuwam żadnego stresu bo mam świadomość , że jestem w zasiegu miejsc gdzie można bezpiecznie wylądować. Sterowanie bardzo utrudnia mi wyciągnięta winda i szczerze mówiąc to nie wiem dlaczego o tym zapomniałem. Dzielnie walczę o każdy metr i dogrzebuje się na 600 metrów a tu zaczyna się robić całkiem przyjemnie. Rozkoszuje się wysokością i widokami. Nigdy szczególnie nie bałem się wysokości ale miałem i nadal mam lęk bliskości ziemi. Ośrodek satelitarny w Psarach wraz z antenemi jest śmiesznie mały. Wysokość zaczyna coraz szybciej rosnąć a ja rozszerzam krążenie i szukam czegoś mocniejszego. Na 800 metrach lotnią zaczyna całkiem solidnie rzucać , znajduje rdzeń komina który daje do 5 m/s. Turbulencja sprawia , że boczne linki dźwięczą jak struny gitary. Uspokajam się myślą , że moje skrzydło to wzmocniona wersja (australijska).

  Nie mam GPS'a ani kompasu wiec muszę polegać na samym sobie i lecę “po meblach”. Na horyzoncie dostrzegam Cedzynę wiec chociaż wiem , że muszę kierować się w przeciwnym kierunku. Jestem tuż pod podstawą wszędzie nosi i mogę się odprężyć. Wyciągam aparat , robię kilka zdjęć a steruje tylko łokciami. Mam 1200 metrów. Jest 8,5 °C i zaczynam doceniam na sobie ciepły polar , rękawice i okulary. Nie mogę sobie pozwolić na wciągniecie w chmure więc ściągam mocno starownicę i uciekam. Początkowo lotnia rzuca się ostro to w lewo to w prawo. Z trudem utrzymuje kierunek. Dopiero chwilę później przypominam sobie sterowanie przy dużych prędkościach używając do tego delilatnych i gniecących ruchów sterownicy. Lotnia jest jak kobieta i nie można jej do niczego zmusić tym bardziej siłą – trzeba ładnie poprosić.

  Postanawiam lecieć dalej na północ i dolecieć do całkiem przyjemnie wyglądającego cumulusa. Dolatuje do niego mając około 750 metrów. Zaczynam wgryzać się w komin. To właśnie teraz w tym momencie doczekałem się bardzo przyjemnej chwili bo widzę , że podlatuje do mnie druga lotnia. Rozpoznaje , że to Grzesiek i szeroko się uśmiecham.

  Spotkać tego człowieka na ziemi to już jest prawdziwy zaszczyt a co dopiero tu...w niebiosach. Przez kilka ładnych minut krążymy w tym samym kominie. Grzesiek decyduje się gdzieś odlecieć a ja rzeźbę w tym co mam. Po 10 minutach walki dobijam do podstawy – 1341 metrów. Zastanawiam się w jakim kierunku lecieć. Muszę zwracać uwagę na charakterystyczne punkty (obiekty) na ziemi. W ten sposób wiem gdzie kierować się dalej. Wylatuje z pod podstawy chmury i lecę dalej. Dość szybko znajduje następne noszenie które jest stabilne ale i tak muszę uważać bo ciągle mam wybraną windę. Bolą mnie już ramiona a centrowanie wymaga precyzji a ta w mojej konfiguracji wymaga siły , czasem nawet dużo siły. Skrzydło ma tendencje do zacieśniania krążenia i musze się przewieszać na sterownicy. Decyduje się lecieć dalej gdzie znów wjeżdzam pod sufit. Kolejne noszenie za mną. W czasie wykręcania następnej podstawy intensywnie myśle o następnym kierunku mojej eskapady. To nie jest takie proste. Odlatuje od chmury i zaraz wracam pod nią bo widzę , że na północ jest prawie całkowite pokrycie. Znów rozkoszuje się dużą wysokością. Nie mam już za dużego wyboru i wiem , że muszę zaryzykować. Lecę nieco na wschód ale nie wygląda to najlepiej. Przez chwilę dostaję po twarzy bardzo drobnym gradem. Jestem ponad 1000 metrów nad drogą i tylko nieliczne samochody jadą szybiej ode mnie. Tymczasem robi się coraz cieplej. Po mojej lewej (na zachód) wyraźnie widze opad deszczu. Wysokość topnieje. Coraz więcej duszeń niekiedy do 6 m/s. Wiem , że trzeba walczyć do końca. Według wariometru mam 300 metrów nad grunt ale zdecydowanie jestem wyżej i oceniam wysokość na 500 metrów. Ciągle opadam i znajduje coś bardzo słabego. Skupiam się ale bilans wychodzi ujemny , opadam ale wolniej. Jestem prawie pewien , że to koniec mojej przygody. Szukam dobrego i dogodnego lądowiska. Już tylko jakieś 100 metrów dzieli mnie od matki ziemi. Czas rozpocząć procedurę lądowania. Rozsuwam kokon , odpuszczam winde. Robię zwrot o 180 stopni i wiem , że jestem ustawiony pod wiatr bo ziemia wyraźnie zwalnia. Nagle wpadam w opad może niezbyt silny ale dość trubulentny. Walcze o kierunek i w miedzy czasie wyjmuje nogi z kokonu. Ląduje na polnej drodze około 70 metrów od gospodarstw domowych. Stoje pod lotnią i nie mam siły jej podnieś i przenieść. Zaciskam zęby i przenoszę lotnie pod stodołe. Zabieram się do rozbierania sprzętu. Dopiero wówczas zostałem dostrzeżony przez miejscową ludność. Pytam gdzie jestem. Słyszę odpowiedź: Kolonia-Wierzbica. Niewiele mi to mówi wiec pytam o Kielce. Za kilka minut dzwoni Mirek. Przeleciałem 42 km w czasie 2 godzin i choć to nie jest żaden rekord czuje satysfakcje. To dobre rozpoczęcie sezonu a przy okazji pozbyłem się nieco obaw.

Darek Lipski  hangglider@o2.pl

Pragniemy pogratulować pierwszego pieknego przelotu, choć prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności aby nie dopuścić do tzw. "bliskich kontaktów z burzami" !.

Do gratulacji i ostrzeżen dołącza sie Grzesiek Cedro !

Igraszki z maluchem czyli pierwszy hol za samochodem.

  Próbowalem, lecz nie udalo mi sie wczesniej zobaczyc holu lotni za samochodem. Czasu nie ma, sezon sie konczy a ja chce latac. Na nizinach hol to jedyna ku temu droga. Wiec do dziela.

Sierpniowe popoludnie. W okolo mnie, sami paraglajciarze. Mili ludzie, lecz pomoc z tego niewielka. Patrza na moja lotnie i na mnie okraglymi oczami. Chyba w myslach postukuja sie w czolo. Po dluzszym wysilku wciskam sie do uprzezy. Nieoblatana uprzaz, slalbo znana lotnia (Magic IV) i mój pierwszy hol za samochodem. Na dzien dzisiejszy moje doswiadczenie sprowadza sie do holi za wyciagarka stacjonarna. Bylo to ekscytujace i sympatyczne przezycie. Znajacy sie na rzeczy ludzie ,,nierozciàgliwa stalowa lina.Czlowiek koncentrowal sie na utrzymaniu kierunku i sluchaniu uwag madrzejszych od siebie. Dawalo to oczywisty komfort.

 Dzis jest inaczej. Jestem sam i musze wykorzystac swoja skromna wiedze i umiejetnosci. Wszystko to powoduje ze zmysly mam wyostrzone tak jak we wczesniejszych latach, skaczac na pierwsze próby podniebnego “Relatiwu”. Stoje nieco w dole, a trawa wysoka. Podniesiona lotnia celuje w miejsce gdzie ostatni raz widzialem malucha. Jestem gotów. Daje znak Darkowi. Jazda,jazda,jazda. 500 m liny napreza sie i rozpoczynam rozbieg. Trwa to dluzsza chwile. Pogode do pierwszego startu za samochodem wybralem bezwietrzna, by optymalnie sprawdzic mozliwosci malucha i zachowanie lotni. Po chwili unosze sie, ostroznie przedluzam lot w pozycji pionowej i w momencie zmiany pozycji czuje jak cala uprzaz rozluznia sie. Puszcza zapieta na rzepy tasma dociskajaca uprzaz do tulowia. W tym stanie nie ryzykuje dalszego lotu. Wypinam sie i laduje po prostej. Zly na siebie biore lotnie na barki i szybko wracam na start. Wiem juz napewno ze sily uzyskane na tym holu pozwola na osiagniecie jakiejs przyzwoitej wysokosci. Rozwialy sie moje wczesniejsze obawy ze maluch jadacy po trawie nie da wystarczajacej sily na oderwanie sie od ziemi. Przy pomocy Darka poprawiam feralna tasme (Darek wiaze ja po prostu na supel). Chwila oddechu i staje po raz drugi do startu.

Rozbieg …,

przejscie do pozycji poziomej ….,

przepiecie ….

Mam juz spora wysokosc … i zaczynaja sie klopoty!

Za duza predkosc lotni wzgledem malucha, powoduje ze przeganiam line. Zwisa pode mna wielkim palakiem. Zwiekszam kat natarcia, po chwili zwalniam i trace sterownosc. Lotnia zaczyna mi sie walic na prawe skrzydlo. Moja dlon uderza w dzwignie wyczepu.. Katem oka sprawdzam odejscie liny. Widze jej koncówke uciekajaca w dól pod moja lewa noge. Poglebiam zeslizg i nabierajac predkosci przechodze w zakret, wyrównuje lot. Uff, wybrnalem. Lece nad start glowiac sie czemu mam takie trudnosci by siegnac sterownice. Wykonuje ponowny zakret, staje w uprzezy, zwiekszam predkosc i laduje prawidlowo. Po wyladowaniu zrozumialem - przekrecona sterownica. Przelozenie zajmuje mi chwilke. Opuszczam tez zaczep glówny. Po dwudziestu minutach jestem gotów do powtórnego startu. Przed tym oczywiscie przedyskutowalem zajscie z Darkiem i Mietkiem (kierowca malucha). Wniosków kilka.

Najwazniejsze to:

  • nie dopuscic do zbyt duzej predkosci lotni we wczesnej fazie startu

  • po przepieciu, trzymac duzy kat natarcia (w miare mozliwosci)

  • uwzglednic poprawke na rozciagliwa line

Startuje. Odrywam sie. Dluzej niz zwykle stoje w uprzezy. Zmiana pozycji. Jak do tej pory wszystko prawidlowo. Przepiecie. Zaczynam zwalniac, lotnia robi sie niestabilna. Zmniejszam kat natarcia. Nabieram predkosci. Przez moment przeganiam line, lecz zaraz maluch wybiera luz. Napiecie liny rosnie. Blyskawicznie zmniejsza sie kat miedzy mna a maluchem. Teraz juz szybko nabieram wysokosci. Ide jak brzytew. Na plecach czuje metalowa klamre, coraz mocniej wbija mi sie w kregoslup. Obserwuje pod soba malucha, który dojezdza do skraju lotniska i staje. Podchodze blizej, sciagam sterownice, wypiecie. Rzut oka na wysokosciomierz, 312 metrów. Niezle jak na bezwietrzna pogode. Lot piekny, bezproblemowy. Pózne popoludnie, wiec brak termiki. Sune jak w masle.. Majestatycznie okrazam lotnisko i laduje przy starcie.

Operacja pierwszy samochodowy hol zakonczona. Chyba zasluzylem na piwo!

W ciagu nastepnych tygodni wykonalem okolo 20 holi, z których najwyzszy mial 508 m. Dlugosc liny 600 m. Oczywiscie hol ten odbywal sie przy sporym wietrze. Pomimo póznej pory rozpoczecia latania ze startów za samochodem, zdazylem zaliczyc kilka dni termicznych i kilka dni z silnymi wiatrami. Piekne i emocjonujace. Kazdy lot, to nowe doznania i nowe doswiadczenia. Jednak niektóre dni daja az za duzo emocji. Do takich na pewno nalezal mój pierwszy hol za samochodem.

Pózniejsze hole, pokazaly ze klopoty z utrzymaniem napiecia liny trwac beda do momentu, az samochód nie uzyska stalej predkosci, a przez to stalej sily holowania. Zmiana biegów w samochodzie, przepiecie liny w lotni, oraz pewna rozciagliwosc liny, powoduja zmiane sil i predkosci lotni w poczatkowej fazie holu. Uwazam ze zmiana podloza po którym jedzie samochód, czy zmiana samochodu na mocniejszy, znacznie skróci te faze, lub ja calkiem wyeliminuje.

Sezon 2003 zakonczylem z koncem wrzesnia. Z niecierpliwoscia czekam wiosny. Jestem glodny nowych przygód i spragniony wysokosci.

Mariusz Bogel  pegaz@e-lider.pl

Pragniemy wszystkim zwrocic uwage ze Mariusz posiadal doswiadczenie holowania na lotni za wyciagarka. Nie pisze On w tym artykule o dodatkowych srodkach bezpiecenstwa jakie zachowal podczas tych holi. Oprocz “malucha” i lotni byl rowniez wyposazony w:

  • System pomiaru sily holowania

  • Mechanizm awaryjnego ciecia liny

  • Bezpiecznik sily maxymalnej (weak link - linka zrywna)

  • Dodatkowa osoba na starcie (pomocnik i obserwator)

  • Lacznosc radiowa pomiedzy wszystkimi trzema osobami

Wspominamy to tylko dla tego, aby ostrzec poczatkujacych pilotow o wielkiej wadze tych wszystkich czynnikow w bezpieczenstwie wykonywania holi. Dobre doswiadczenie pilota, dobrze dobrany sprzet jak i zgrana ekipa naziemna to wszystko co sklada sie na sukces jakim moze pochwalic sie Mariusz – gratulujemy !

Zdjecie: Autor na starcie

Moja pierwsza termika na lotni.

Relacja z pierwszego wykreconego komina przez Darka Lipskiego.

Witam 

 Skonczylem kurs na 2-gi stopien w Kielcach u Grzeska Cedro. W sobote (5.07.2003) zaczolem latac do 3 stopnia i oczywiscie skonczylo sie latanie w wieczornym masle. Teraz lataniem interesuje sie tylko gdy jest termika. Pierwsze proby byly w sobote (w piatek koniec do 2 stopnia). Pierwszy lot nie byl najlepszy , nie zabralem ze soba radia. Mialem pozyczone stare bo stare ale jeszcze jare wario. Nic z tego nie wszylo. Czulem jak rzucalo w powietrzu. Jak cos piknelo to ja zaraz zakladalem krazenie ale po kilku minutach ladowalem. Do drugiego lotu zabralem radio przez ktore Grzesiek mial mi dawac wskazowki. Wystartowalem na moim Moyes'ie GTR okolo 15:20. Zrobilem kilka zwitek a wysokosc topniala. Gdy polecialem na drugi koniec lotniska to gdzies nad domami cos piknelo a Grzesiu kazal zalozyc. W koncu jest. Wysokosc 200 m. Niezle wialoo i ciezko bylo to wycentrowac ale jakos sie udalo. Raz mnie wyplulo ale przy pomocy wskazowek przez

radio szybko znalazlem ten komin. Krecilem jak umialem. Wysokosc powoli rosla i powyzej 300 m bylo 3 m/s. Mialem juz 446 m. Niewiele i pewnie wielu z Was ta liczba przyprawi o ironiczny usmiech. Dla mnie to bylo cos jak dla takiego +ACI-kapelusza+ACI jak ja. W koncu to pierwszy raz +ADs) .Niestety wialo a mnie znosilo i w koncu trzeba bylo pomyslec o dolocie na lotnisko. Wiecie jakie to uczucie? To jak zabrac dziecku jego ulubiona zabawke. Zaciagnolem winde do 2/3 i zaczelo sie sciaganie. Co jakis czas musialem odpuscic bo skrzydlo zaczelo holendrowac i dalej to samo. Opadanie do 4 m/s na pelnej predkosci. Gdy wysokosc spadla ponizej 200 m zdalem sobie sprawe , ze nie dolece. Jakie to glupie uczucie. Zameldowalem , ze bede przygodnie ladowac. Rozgladalem sie za miejscem do ladowania. Juz mialem jedno na oku ale okazalo sie , ze tam jest linia wysokiego napiecia i odpuscilem sobie. Znalazlem inne , wieksze i bardziej przyjazne.

Usiadlem bezpiecznie i szczesliwie na pograniczu dwoch pol. Niedaleko mnie przejechal traktor z kilkoma miejscowymi moze nieco zaskoczonymi ale zaden z nich nie wykazywal tendencji maniakalnych +ADs). Pozostalo mi tylko czekac na odsiecz (dzieki Grzesiek +ACE) i skladanie skrzydla. Gdybym tylko zostal w tym kominie do podstawy a pozniej z wiatrem to pewnie bylby jakis sensowny przelot. Przyjdzie na to pora.

Darek Lipski  dariusz.lipski@wp.pl

 

 

Sciezka zarejestrowana podczas przelotu 299.5 km wykonanego w USA przez Krzysztofa Grzyba dnia 25.05.2003 

 

 

 

[ strona główna ]